Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Zapraszam do tańca. Blog Joanny Brych - Blog Joanny Brych Zapraszam do tańca. Blog Joanny Brych - Blog Joanny Brych Zapraszam do tańca. Blog Joanny Brych - Blog Joanny Brych
Let's dance

1.06.2019
sobota

„Let’s Dance”. Praca dla przyjemności

1 czerwca 2019, sobota,

Zaintrygowana tytułem, gdzieś na mieście wpadł mi w oko plakat, udałam się 
w czwartek do Kinoteki. Na seans o godzinie 14.30 – a więc w porze dla bezrobotnych, niepracujących z wyboru albo dla recenzentów tańca, którzy pracują jedynie dla przyjemności.

Film można obejrzeć, ale koniecznie nie trzeba. Choć jest w nim więcej prawdy o tańcu niż w artystycznie wybitniejszym „Czarnym łabędziu”.

Fabuła została zręcznie przedstawiona. Joseph (Rayane Bensetti) przyjeżdża do Paryża ze swoją dziewczyną Emmą (Fiorella Campanella) i przyjacielem Karimem (Mehdi Kerkouche). Jego matka była tancerką klasyczną. Zginęła w wypadku; relacje z ojcem nie należą do łatwych. Pasją Josepha jest breakdance. Razem z przyjaciółmi zostaje dopuszczony do udziału w największym hiphopowym konkursie we Francji. Sprawa zaczyna się komplikować, kiedy Emma zaczyna flirtować z guru choreografii hip-hopowej. Grupa się rozpada. Chłopcy wprowadzają się do mieszkania Remiego (Guillaume De Tonquedec), partnera matki Josepha, w przeszłości znanego artysty baletu, teraz pedagoga w prywatnej szkole baletowej. Szkoła przeżywa kryzys. Przydałby jej się powiew świeżości, zwłaszcza że za moment mają się w niej odbyć audycje do American Ballet Theatre. Remie wpada na genialny pomysł – ciała jego podopiecznych, wyćwiczonych w technice klasycznej, rozruszać mają lekcje breakdance’u z Josephem i Karimem. Chloé (Alexia Giordano), jedna z uczennic, odkrywa w ten sposób nowe emocje, jej taniec klasyczny staje się ciekawszy i wiarygodniejszy. Z kolei Joseph po obejrzeniu w Operze Paryskiej „Dziadka do orzechów” odkrywa swój styl choreograficzny i tworzy układ będący połączeniem klasyki i hip-hopu.

„Chciałem opowiedzieć historię narodzin artysty” – mówił w jednym z wywiadów Ladislas Chollat. Zrobił to w sposób trochę podręcznikowy. Style tańca mogą się przenikać, czerpać od siebie, ruch jest wszędzie, a najlepsze choreografie powstają z obserwacji życia. To morał wynikający ze scenariusza.

Równolegle rozwija się wątek miłosny. Dość stereotypowo. Chloé i Joseph zakochują się w sobie. W tym samym czasie wraca do niego była dziewczyna. Pojawia się też mała intryga. Finał jest jednak oryginalny i pozytywnie mnie zaskoczył.

LET’S DANCE, reż. Ladislas Chollat, Francja 2018, dystrybutor: Kino Świat, w kinach od 17 maja.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop