Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Zapraszam do tańca. Blog Joanny Brych - Blog Joanny Brych Zapraszam do tańca. Blog Joanny Brych - Blog Joanny Brych Zapraszam do tańca. Blog Joanny Brych - Blog Joanny Brych
Zespół Pieśni i Tańca „Śląsk" im. Stanisława Hadyny

4.09.2019
środa

Panna Bobi

4 września 2019, środa,

Wielka choreografka, bez której nie byłoby „Śląska”. Elwira Kamińska.

W opublikowanym w poprzednim numerze „Polityki” tekście „Hadyna z Koszęcina” (nadal dostępnym w wersji cyfrowej pt. „Przeboje Śląska”) o najbliższej współpracownicy profesora Stanisława Hadyny padło zaledwie kilka zdań. Rygor cenzury znaków jest bezlitosny.

Ceniona za talent, metody pracy, fantazję twórczą, rzetelność, oryginalność. To ona dbała o wizualną formę występów zespołu, od początku mając jasno zdefiniowaną wizję realizacji programu polegającego na stylizowanym, ale wiarygodnym, opartym na źródłach, przetworzeniu folkloru. „Widowisko i dokumentacja ludowa” – to były elementy, na których jej zależało. I na autentycznych, niewyuczonych, emocjach. Inaczej nie wyobrażała sobie tańca.

Zespół Pieśni i Tańca „Śląsk" im. Stanisława Hadyny

Zespół Pieśni i Tańca „Śląsk” im. Stanisława Hadyny

Warunków klasycznej tancerki nie posiadała. Ujmowała elegancją, spokojem i pięknym sposobem poruszania się. Zawsze modnie ubrana, blondynka z przyjaznym uśmiechem na twarzy i radosnymi niebieskozielonymi oczami. Uzależniona od nikotyny, paliła kilkadziesiąt papierosów dziennie. I od tabletek na migrenę, które zawsze miała pod ręką. Była tytanem pracy i perfekcjonistką. Większość dnia spędzała w sali baletowej. „Ćwiczyło się do skutku, bo nie byłoby efektu. Jak już układ był zrobiony, to trzeba go było szlifować” – tak wspominają czasy spędzone w „słonecznej republice” dawni członkowie zespołu w księdze jubileuszowej. Na próby stawiała się bez notatek, słuchała muzyki, czasem prosiła o improwizację, jak zobaczyła ruch zgodny z jej wizją włączała go do układu. Trzymała dyscyplinę. „Nie masz większego skazańca od tego, co cudze dzieci uczy tańca”, to jedna z jej ulubionych sentencji. Wieczorami do pracy służył jej pałacowy, urządzony biedermeierowskimi meblami, apartament. Wymyślała w nim nowe choreografie, dopracowywała szczegóły, zarządzała przymiarki. Nikt nie protestował. W Koszęcinie pracowało się wtedy bez ograniczeń czasowych. W soboty dokonywała oceny kondycji fizycznej artystów zespołu baletowego, poziomu techniki wykonania i wyrazu artystycznego. Uwagi należało traktować poważnie, inaczej groziło wydalenie ze „Śląska”.

Była mistrzynią ruchu scenicznego, potrafiła z niego wydobyć najwyższe piękno, pomimo pewnych kłopotów ruchowych jednej ręki, wynikających z niegdyś przebytej kontuzji nadgarstka. Jej gesty i sposób poruszania się można by określić „poezją harmonijnego ruchu”.

Jerzy Wójcik, artysta pierwszego składu zespołu i jego wieloletni dyrektor artystyczny

Współpracowała z Janiną Marcinkową, etnochoreolożką, wielką znawczynią tańców Ziemi 
Cieszyńskiej i Beskidu Śląskiego. Ich oczkiem w głowie były kostiumy – musiały być 
efektowne i niezafałszowane. Stąd wynikały długie godziny spędzone w pracowni krawieckiej, nadzorowanie szycia, potrzeba kompletowania strojów ludowych oraz ich elementów. Tak powstawały rewelacyjne układy choreograficzne, takie jak słynny „Taniec chustkowy”. Każdy był symbiozą muzyki, tańca, kostiumów. W artystycznych działaniach wspierały ją również Barbara Folwarczna, choreografka-konsultantka i długoletnia asystentka Barbara Brandt-Weber.

Rzadko udzielała wywiadów. „Tylko taniec. Portret filmowy Elwiry Kamińskiej”, dokument wydany przez „Śląsk” na DVD, jest chyba jedyną okazją do wysłuchania fragmentu rozmowy dla Polskiego Radia
z 1978 r.

Urodziła się 9 grudnia 1912 r. w Warszawie. Ojciec, Władysław Czech, był skrzypkiem z Bielska-Białej, matka, Gizela Turry, pochodziła z Węgier. Panną Bobi nazywano ją pieszczotliwie przed wojną. Miała dobry głos, ale pokochała taniec. W tajemnicy przed rodzicami, kiedy mieszkali w Zakopanem (tam najczęściej koncertował ojciec), zapisała się do szkoły baletowej. Przyznała się, kiedy otrzymała dyplom. Potem kształciła się muzycznie i kontynuowała naukę tańca. 
W 1937 r. ukończyła Studium Tańca Artystycznego w Krakowie. W Budapeszcie uczyła się w prywatnej szkole choreograficznej, należącej do jej wuja ze strony matki, specjalizującej się w kompozycji tanecznej, reżyserii i w tańcu charakterystycznym. Pracę pedagogiczną rozpoczęła pod koniec lat 30. po uzyskaniu odpowiednich kwalifikacji potwierdzonych koncesją Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego; w Bielsku-Białej, w mieszkaniu wynajętym od Katolickiego Stowarzyszenia Rękodzielników Polskich, otworzyła Szkołę Rytmiki i Tańca. Po wojnie wznowiła działalność w prywatnym Studium Tańca Artystycznego, przetworzonym póżniej w Państwowe Ognisko Choreograficzne podlegające Ministerstwu Kultury i Sztuki. Po jego likwidacji prowadziła amatorskie zespoły taneczne, „Beskid” i „Czarne Diabły”, w Miejskim Domu Kultury w Bielsku-Białej i w Wojewódzkim Domu Kultury w Katowicach. Miała wybitne osiągnięcia – jej wychowankowie byli doskonale wyszkoleni, zdobywali nagrody na międzynarodowych festiwalach w Budapeszcie, Bukareszcie i Berlinie. A ona stała się znaną i popularną choreografką specjalizującą się w polskim folklorze. Mogła pracować w „Mazowszu”. Jednak bliższy był jej Śląsk. Więc kiedy w 1952 r. zapadła decyzja o utworzeniu w tym regionie ludowego zespołu pieśni i tańca, wzorowanego na „Mazowszu”, jej obecność w składzie komisji kwalifikacyjnej do oceny kandytatów, była naturalna. Tak samo oczywiste było jej zatrudnienie jako choreografa.

„Śląsk” dla „Mazowsza” porzuciła na moment w 1956 r. Przekonała ją Mira Zimińska, kiedy straciła Eugeniusza Paplińskiego i prawa autorskie do jego tanecznych utworów. Opiekę nad baletem „Śląska” przejęli wtedy Leon Wójcikowski i Marian Winter. Ale najbliższy jej sercu pozostał „Śląsk”. Za swoich podopiecznych, młodzież pracującą z dala od rodziny, czuła się osobiście odpowiedzialna. Była opiekuńcza, służyła radą w sprawach prywatnych, starała się rozwiązywać konflikty. I walczyła o zapewnienie bytu tancerzom po zakończeniu kariery na scenie. U generała Jerzego Ziętka wyprosiła przydziały na mieszkania. Z jej inicjatywy podjęto, zakończone sukcesem, rozmowy z władzami o prawie do wcześniejszych emerytur za pracę w szczególnych warunkach.

O bezceremonialnym pozbyciu się Stanisława Hadyny pisałam w artykule. Lata pracy, które spędziła w zespole z nowym dyrektorem, nie były dla niej satysfakcjonujące. W wywiadzie, który ukazał się już po jej śmierci mówiła o zgubnym, zbiurokratyzowanym sterowaniu „Śląskiem” i błędach personalnych.

Przede wszystkim próbowano w sposób zbiurokratyzowany sterować Zespołem, wpływać na jego repertuar, co odbiło się niekorzystnie na koncepcji artystycznej i poziomie wykonawczym. Popełniono także błędy personalne. Mam odwagę o tym mówić, do kierowania bowiem takim zespołem jak „Śląsk” potrzebne jest nie tylko wykształcenie i znajomość środowiska artystycznego, ale przede wszystkim talent i zrozumienie specyfiki folkloru. „Śląsk” nigdy nie będzie rewią i operetką. Jest on cudowną trawestacją wspaniałego folkloru polskiego w pieśni, tańcu i strojach. O tym trzeba wiedzieć, to trzeba studiować i śledzić, a dopiero potem dawać temu artystyczny wyraz na estradzie.

W Koszęcinie zaczęły też wtedy rządzić i wtrącać się do repertuaru Podstawowa Organizacja Partyjna PZPR, Związek Młodzieży Socjalistycznej, Związek Zawodowy Pracowników Kultury. Musiała brać udział w bezsensownych zebraniach, partyjnym łapaniu za słowa, tłumaczyć się ze swoich choreografii.

Zmarła 30 czerwca 1983 r. w przeddzień jubileuszu trzydziestolecia działalności „Śląska” z obawą, że cała jej twórczość zostanie wyrzucona do kosza. Powrotu Profesora nie doczekała się. Decyzja o jego przywróceniu na stanowisko dyrektora zapadła dopiero w 1989 r.

Do dzisiaj jej dokonania i twórczość Stanisława Hadyny stanowią o wartości artystycznej zespołu.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop