Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Zapraszam do tańca - Blog Joanny Brych Zapraszam do tańca - Blog Joanny Brych Zapraszam do tańca - Blog Joanny Brych

18.02.2020
wtorek

Rosario Guerrero

Historia nienamalowanego obrazu

18 lutego 2020, wtorek,

Bohaterką wczorajszego wpisu była Mary Wigman. Już w trakcie robienia notatek przypomniałam sobie o tancerce Józefa Mehoffera.

„Guerrero może bym sobie podczas wakacji malował. Może by Biesiadecki podczas swych wędrówek do Monachium dowiedział się, czy są fotografie Guerrero z natury, chodzi o jej kostiumy, bo przecież choć z pamięci maluję, ale przecież jakieś dane rzeczy mieć trzeba, aby atmosferę tę przed sobą wytworzyć” – pisał w liście do żony 29 czerwca 1905 r.

Miesiąc wcześniej oglądał występ hiszpańskiej tancerki w Monachium. Zauroczony jej zmysłową ekspresją chwytał chwile – szybko szkicował zmieniające się pozy i stany emocjonalne. A później takie tytuły nadał utrwalonym fragmentom spektaklu: „Przystanęła”, „Przestraszona”, 
„Z kastanietami”, „Wznosi różę”, „Prosto przed siebie”, „Tancerka Guerrero stojąca na skraju sceny”.

Towarzyszyła mu Jadwiga Mehoffer. Zachwyciły ją kostiumy – „pokaz najbogatszych i najróżnorodniejszych strojów hiszpańskich”, które Guerrero nosiła „z niedbałą wytwornością kobiet, które zapominają, w co są ubrane”. Dała też wierszem wyraz nastrojowi panującemu na widowni. Oto jego fragment:

Gitana tańczy w natchnieniu,
dreszcz piękna widzów przenika,
poznają w czystych serc drżeniu,
to nie bachantka, lecz Nike
.

We wrześniu Mehoffer spędzał wakacje w Zakopanem i ewidentnie szykował się do namalowania obrazu. „Przygotowałem płótno na Guerrero” – informował żonę. I na tym stwierdzeniu temat oficjalnie się urwał. Możemy snuć tylko domysły, dlaczego nie zrealizował zamiaru.

A kim była tancerka, której szkice ostatecznie posłużyły Mehofferowi do stworzenia cyklu tanecznych grafik? Jej życiorys nie jest dobrze znany. Od razu zastrzegam, że informacje o Guerrero nie pochodzą z potwierdzonych źródeł historyczno-naukowych.

Urodziła się w Sewilli, lecz dokładna data urodzenia budzi wątpliwości. Mógł to być rok 1880, ale równie dobrze 1872. Debiutowała w Alhambra Theatre w Londynie w 1899 r., kilka lat później zdobyła popularność tańcząc Carmen w specjalnie dla niej przygotowanym balecie do muzyki Bizeta. Tańczyła w Folies Bergère w Paryżu, gdzie bywał również Mehoffer i miał tam okazję, nawiasem wspominając, obejrzeć występ Loïe Fuller. Ze skąpych wiadomości na temat Guerrero wynika, że występowała też w Nowym Jorku, Wiedniu, Moskwie i oczywiście w Monachium, gdzie poznał ją Mehoffer. Jej talent miał podobno zwrócić uwagę belgijskiego króla Leopolda II. A Friedrich August von Kaulbach, dyrektor Akademii Monachijskiej i uznany portrecista królów, cesarzy, książąt, sławnych aktorek, śpiewaczek i tancerek (pozowała mu Isadora Duncan), namalował ją aż sześć razy. Jej ostatni występ został odnotowany w 1918 r. w Buenos Aires. W 1961 r. udzieliła ponoć wywiadu hiszpańskiej ABC. Miała w nim stwierdzić, że jest w wieku 86 lat. Wikipedia podaje jednak, że zmarła w 1960 r.

W 2013 r. była bohaterką kameralnej wystawy „Tancerka. Rosario Guerrero w grafikach i rysunkach Józefa Mehoffera” zorganizowanej w Domu Józefa Mehoffera w Krakowie. Wydarzeniu towarzyszyła publikacja pod takim samym tytułem. Jest nadal dostępna w sklepie MNK. Zamieszczono w niej reprodukcje wszystkich grafik cyklu, wybranych szkiców rysunkowych i tekst, który stał się dzisiaj pretekstem do opowiedzenia historii nienamalowanego obrazu.

Czytaj też:

Uchwycić ruch

Konkurentka Marii Taglioni

Postprawda ekranu. Recenzja filmu „Tancerka” Stéphanie Di Giusto

17.02.2020
poniedziałek

Leopold Museum

Uchwycić ruch

17 lutego 2020, poniedziałek,

Tänzerin im roten Gewand – to jeden ze 120 obrazów prezentowanych na wystawie Deutscher Expressionismus w Leopold Museum, jednym z moich ulubionych miejsc w Wiedniu.

„Tancerkę w czerwonej sukni” namalował Emil Nolde. Uchwycił w tańcu Mary Wigman, swoją przyjaciółkę, pionierkę tańca współczesnego, twórczynię Ausdrucktanz – tańca ekspresyjnego, wyrazistego.

Deutscher Expressionismus. Leopold Museum w Wiedniu

Artyści poznali się w Hellerau, mieście-ogrodzie położonym niedaleko Drezna, w którym działał Émile Jaques-Dalcroze. Z jego teoretycznej, popartej praktycznym doświadczeniem wiedzy o związkach tańca z muzyką, metodach jej interpretacji ruchem, korzystali Siergiej Diagilew i Wacław Niżyński przygotowując, owianą skandalem nieprzyzwoitej nowości, premierę „Święta wiosny” w Théâtre des Champs Elysées w Paryżu (Wigman stworzyła swoją wersję w 1957 r.), uczyła się u niego „nasza” Marie Rambert, chętnie odwiedzali go członkowie grupy Die Brücke. Nolde przyjeżdżał do Hellerau oglądać tańczącą Mary. Miał zawsze zarezerwowane trzy miejsca – jedno dla niego, drugie dla żony i trzecie na przybory malarskie. Nieliczne szkice, które otrzymała Wigman zostały zniszczone podczas bombardowania Drezna.

Karoline Sofie Marie Wiegmann urodziła się 13 listopada 1886 r. w Hanowerze – w mieszczańskiej rodzinie, której męska część odniosła finansowy sukces zajmując się sprzedażą i naprawą rowerów oraz maszyn do szycia. Mary kształciła się w szkołach dla dziewcząt w Anglii i w Szwajcarii. Zgodnie z panującym wówczas zwyczajem była przygotowywana do roli dobrej żony. Patriarchat nie był jednak dla niej. W 1905 r. zerwała pierwsze zaręczyny. Wysłano ją wtedy do ciotki w Amsterdamie. W mieście występowali uczniowie Dalcroze’a. Ich taniec do muzyki Carla Marii von Webera uzmysłowił jej inny sposób na życie. Instynktownie poczuła, co chciałaby robić. Kilka lat później zerwała kolejne zaręczyny. I ponownie – przypadek sprawił, że w hanowerskiej operze występowała akurat Greta Wiesenthal. Ruchy rąk słynnej wiedeńskiej tancerki oszołomiły ją. Zrozumiała siłę i różnorodność emocji, jakie można nimi wyrazić (ten aspekt stanie się później ważny w jej własnej twórczości i pracy pedagogicznej). Zdecydowanie postanowiła zostać tancerką. Siostry Wiesenthal próbowały odwieść ją od tego pomysłu. Usłyszała, że jest już w wieku (skończyła wtedy 22 lata), w którym nie rozpoczyna się profesjonalnej edukacji tanecznej, i że większe zadowolenie przyniesie jej status gospodyni domowej.

Nie posłuchała tej rady. Kilka lat później rozpoczęła naukę u Dalcroze’a. Zdobyła dyplom i uprawnienia pedagogiczne. Ale metoda polegająca na ścisłym podporządkowaniu tańca muzyce nie była jej formą ekspresji, a propozycja pracy, jaką otrzymała od swojego nauczyciela – spełnieniem marzeń i szczytem możliwości.

Kolejny przypadek sprawił, że w 1913 r. Nolde poznał w Monachium Rudolfa Labana. Powiedział wtedy Wigman, że spotkał mężczyznę, który porusza się, tak jak ona. Zachęcił do wyjazdu do szkoły w Monte Verità w Szwajcarii. Tam – w mistycznej, awangardowej, poszukującej nowego tańca atmosferze – studiowała zasady kompozycji tańca. Potem poszła już własną drogą. Rozwijała swój taniec ekspresyjny – otarła się o ruch dada, fascynowała ją psychiatria, odrzuciła technikę klasyczną. Otworzyła szkołę w Dreźnie; przełamała początkowy opór publiczności na jej nowe idee, występowała w Europie i w Ameryce na zaproszenie słynnego impresaria Sola Huroka. „Mary Wigman nie jest żadną taneczną interpretacją muzyki […]. Taniec Mary Wigman jest właśnie – tańcem. Jest układem ruchów w przestrzeni, jej własnym dziełem sztuki, cennym samym w sobie, jak poezja, jak muzyka lub jak malarstwo […]” – to fragment recenzji jednego z występów artystki, który odbył się w Szczecinie w 1927 r.

Jej karierę przerwało dojście do władzy Hitlera. W odróżnieniu od Noldego, którego do nazistów nie zraziło nawet uznanie jego sztuki za zdegenerowaną, Wigman kluczyła i starała się zachowywać dystans. Rozpadło się jej życie zawodowe i prywatne. Hanns Benkert, wpływowy członek NSDAP, zarządzający w czasie wojny fabryką Siemensa, który wcześniej zapewniał jej komfort pracy, wybrał małżeństwo bardziej intratne dla rozwijania kariery w czasie panowania narodowego socjalizmu.

Dalsze losy Mary Wigman (wcześniejsze też zostały tylko naszkicowane w telegraficznym skrócie) i Ausdrucktanz, który w czasach terroru nie był wystarczająco „zdrowy”, pożyteczny, ładny, to już jednak temat przekraczający ramy krótkiego wpisu na blogu „dla frajdy” 🙂

Wien 1900. Leopold Museum w Wiedniu

Wystawa w Leopold Museum potrwa do 20 kwietnia. Wybierając się na zwiedzanie warto zarezerwować sobie więcej czasu. Pełen wykaz wydarzeń bieżących i przyszłych znajduje się: tutaj. Polecam również stałą ekspozycję: Wien 1900 – o narodzinach modernizmu. O tańcu na niej nie zapomniano. Jednym z elementów narracji jest fenomen sióstr Wiesenthal: Elsy, Grety i Berty. Ich zdjęcie w wiankach na głowie, uśmiechniętych, lekko unoszących się nad ziemią w walcu do muzyki Lannera i Schuberta tańczonym na świeżym powietrzu, jest jednym z symboli zachodzącego na początku XX w. przewrotu w sztuce.

=======================

Deutscher Expressionismus
Die Sammlungen Braglia und Johenning
– do 20 kwietnia
Leopold Museum w Wiedniu
Kurator: Ivan Ristić

WIEN 1900. Aufbruch in die Moderne
Leopold Museum w Wiedniu

ZAPOWIEDŹ

Inspiration Beethoven
Eine Symphonie in Bildern aus Wien 1900
– 30.05.2020 – 21.09.2020
Leopold Museum w Wiedniu

Czytaj też:

Wewnętrzny krajobraz serca – rozmowa z Denise Vale

Poruszone ciała. Choreografie nowoczesności

9.02.2020
niedziela

Kapitan Żbik i żółty saturator

Spektakle, które planuję obejrzeć

9 lutego 2020, niedziela,

Będzie się działo. Trzy premiery i kilka baletowych must-see na dużym i małym ekranie.

W Operze Bałtyckiej w Gdańsku trwają próby do „Snu nocy letniej” w choreografii Graya Veredona. Premiera: 28 lutego! Dzień później odbędą się dwie kolejne premiery. W Teatrze Wielkim w Łodzi „Greka Zorby” w choreografii Lorki Massine’a oraz (uwaga!) w Teatrze Syrena w Warszawie – „Kapitana Żbika i żółtego saturatora” w reżyserii Wojciecha Kościelniaka. „Pełnowymiarowy, dwuaktowy musical będzie nie tylko czystą rozrywką, ale posiadać będzie niezaprzeczalny walor poznawczy. W umiejętny i atrakcyjny dla widza w każdym wieku sposób ukaże Warszawę lat 70. nie tylko od strony architektury, topografii i sztafażu (Rotunda, Plac Unii Lubelskiej, dom towarowy WARS czy Pałac Kultury i Nauki etc), ale także, a nawet przede wszystkim, od strony realiów PRL-owskiej rzeczywistości” – to fragment informacji prasowej. Teatr Syrena obchodzi w tym roku brylantowy jubileusz. 5 lipca upłynie 75 lat od daty pierwszej premiery – „Innych czasów” w reżyserii Eugeniusza Koszutskiego i Kazimierza Pawłowskiego – estradowej składanki z udziałem przedwojennych gwiazd (Stefci Górskiej, Stefanii Grodzieńskiej, Czesława Skoniecznego) i wtedy debiutantów – Aliny Janowskiej oraz Edwarda Dziewońskiego. „Kapitan Żbik…” będzie pierwszym wydarzeniem w ramach roku jubileuszowego.

Taneczny maraton proponuję jednak zacząć już dzisiaj. O 18.30 w telewizji Mezzo ruszają emisje kilku rewelacyjnych choreografii Maurice’a Béjarta. Stacja będzie też w lutym emitowała „Korsarza” i „Fontannę Bachczysaraju” z Teatru Maryjskiego oraz „Jezioro łabędzie” z Teatru Bolszoj ze Swietłaną Zacharową i Denisem Rodkinem w głównych rolach. 23 lutego ten sam tytuł pojawi się – w nowej obsadzie – w repertuarze Bolshoi Ballet Live. Teatr Bolszoj nie zdradził jeszcze nazwiska wykonawczyni roli Odetty/Odylii. Na razie wiadomo, że jako Zygfryd zatańczy Artiom Owczarenko. I jest to bardzo dobra wiadomość.

Miłego oglądania!

9 – 28 lutego

BÉJART BALLET LAUSANNE, Mezzo Live HD

W PROGRAMIE:

7 DANSES GRECQUES

Choreografia: Maurice Béjart
Muzyka: Mikis Theodorakis

BHAKTI III

Choreografia: Maurice Béjart
Muzyka: tradycyjna muzyka hinduska

ÉTUDE POUR UNE DAME AUX CAMÉLIAS

Choreografia: Maurice Béjart
Muzyka: Fryderyk Chopin, Francesco Cilea

BOLÉRO

Choreografia: Maurice Béjart
Muzyka: Maurice Ravel

16 – 21 lutego

KORSARZ, Balet Teatru Maryjskiego, Mezzo Live HD

Choreografia: Piotr Gusiew (1987 r.) na podstawie choreografii Mariusa Petipy
Muzyka: Adolphe Adam, Cesare Pugni, Léo Delibes, Riccardo Drigo

16 – 21 lutego

FONTANNA BACHCZYSARAJU, Balet Teatru Maryjskiego, Mezzo Live HD

Choreografia: Rostisław Zacharow
Muzyka: Boris Asafiew

Akcja zaczyna się sielankowo pod koniec XVIII w. w pałacu Stolnika – hrabiego Potockiego.

Maria, jego córka jest zakochana w młodym polskim szlachcicu – Wacławie. We dworze odbywa się bal z okazji jej urodzin. Przybywają goście – tańczą poloneza i mazura. Hrabia ogłasza zaręczyny córki. Wkrótce miły nastrój psuje wiadomość o napadzie Tatarów krymskich. Ich chan Girej zabija Wacława i porywa Marię do swojego haremu.

„Ofiara zazdrości. Obowiązkowa lektura baletowa”

Spektakl zarejestrowano 28 maja 2017 r. w Teatrze Maryjskim w Sankt Petersburgu.

18 – 29 lutego

JEZIORO ŁABĘDZIE, Balet Bolszoj, Mezzo

„Jezioro łabędzie” z udziałem Swietłany Zacharowej i Denisa Rodkina

Choreografia: Jurij Grigorowicz na podstawie choreografii Mariusa Petipy, Lwa Iwanowa i Aleksandra Gorskiego
Muzyka: Piotr Czajkowski

Odetta/Odylia: Swietłana Zacharowa
Książę Zygfryd: Denis Rodkin

Retransmisja przedstawienia zarejestrowanego 25 stycznia 2015 r.

23 lutego

JEZIORO ŁABĘDZIE, Bolshoi Ballet Live, NOWA OBSADA/ TRANSMISJA LIVE

„Jezioro łabędzie” w choreografii Jurija Grigorowicza

Choreografia: Jurij Grigorowicz na podstawie choreografii Mariusa Petipy, Lwa Iwanowa i Aleksandra Gorskiego
Muzyka: Piotr Czajkowski

Odetta/Odylia: obsadę można śledzić tutaj
Książę Zygfryd: Artiom Owczarenko

28 lutego

SEN NOCY LETNIEJ, Opera Bałtycka w Gdańsku, PREMIERA

Oberon i Tytania, Joseph Noel Paton

Reżyseria i choreografia: Gray Veredon
Kierownictwo muzyczne: Anna Duczmal-Mróz
Scenografia: Katarzyna Zawistowska
Kostiumy: Zuzanna Markiewicz
Animacje: Mateusz Kozłowski

29 lutego

KAPITAN ŻBIK i ŻÓŁTY SATURATOR, Teatr Syrena, PREMIERA

Autor plakatu: Rafał Szłapa

Reżyseria: Wojciech Kościelniak
Muzyka: Mariusz Obijalski
Scenografia i kostiumy: Anna Chadaj
Choreografia: Ewelina Adamska-Porczyk
Współpraca choreograficzna: Krzysztof Tyszko

29 lutego

GREK ZORBA, Teatr Wielki w Łodzi, PREMIERA

1 marca – II Premiera
11 marca – Premiera z Expressem

Lorca Massine

Libretto, choreografia i reżyseria: Lorca Massine
Muzyka (z nagrania): Mikis Theodorakis
Scenografia i kostiumy: Zuzanna Markiewicz

Próby do baletu „Grek Zorba”. Fot. Joanna Miklaszewska

4.02.2020
wtorek

Dominik Muśko z zespołem baletowym

Co nowego w tańcu w Szczecinie i w Poznaniu

4 lutego 2020, wtorek,

Na początek krótka wiadomość z Opery na Zamku w Szczecinie.

Dominik Muśko został wprawdzie nowym kierownikiem zespołu baletowego już we wrześniu, ale oficjalne potwierdzenie nadeszło całkiem niedawno. Pomyślałam więc, że warto podzielić się tą informacją na blogu.

Dominik Muśko jest doświadczonym artystą baletu. Ukończył łódzką szkołę baletową. W 1997 r. został zaangażowany do Teatru Wielkiego w Poznaniu. Tańczył w randze koryfeja, solisty, pierwszego solisty; w 2010 r. otrzymał tytuł „Pierwszego tancerza solisty”. W latach 2012-2017 był kierownikiem baletu Teatru Wielkiego w Łodzi. Został zwolniony, kiedy bezprawnie postanowiono odwołać dyrektora Pawła Gabarę.

„Nigdy nie byłem choreografem, nie jestem i raczej nie zamierzam nim zostać. Uważam również, że w ostatnich latach wytworzyła się pewna, nie do końca dobra tendencja, iż kierownicy baletu stają się choreografami, którzy następnie próbują zdominować repertuar swoimi choreografiami. Na świecie jest wielu wybitnych choreografów, którzy mają naprawdę dobre realizacje i można śmiało zaprosić ich do współpracy z naszym teatrem. I raczej ten wariant będę promował” – powiedział w rozmowie z Magdaleną Jagiełło-Kmieciak, rzeczniczką prasową opery.

Który choreograf zostanie jako pierwszy zaproszony do współpracy,
na razie nie zdradzono. Z niecierpliwością czekam na premierę. I jednocześnie przyznaję, że w Operze na Zamku nigdy jeszcze nie byłam.

Znany jest skład nowego zespołu. Do Szczecina przeniosła się też Ekaterina Kitaeva-Muśko, dotychczas solistka baletu Teatru Wielkiego w Łodzi. W Operze na Zamku zajmie się pracą pedagogiczną i nadal będzie tańczyć w randze solistki.

Dominik Muśko z zespołem baletowym. Materiał prasowy/fot. P. Gamdzyk

Cały czas dużo się dzieje w Polskim Teatrze Tańca w Poznaniu.

„Inicjacja” w reżyserii Iwony Pasińskiej otrzymała kolejną nagrodę dla najlepszego filmu tańca – Best Dance Film – podczas przeglądu filmów krótkometrażowych Play Short.

Na zdjęciu: Marta da Costa Pinto i Paulina Jaksim. Fot. Andrzej Grabowski 

Gratuluję i życzę kolejnych sukcesów! Pełna lista nagród i nominacji dostępna jest: tutaj.

A dziś wieczorem proponuję obejrzeć nagrodzony film.

„Film czyni wspaniałym nie tyle ambitna historia, ile sposób w jaki jest opowiedziana”

Czytaj też:

Przed premierą „Święta wiosny” z Dominikiem Muśko, kierownikiem zespołu baletowego Teatru Wielkiego w Łodzi, rozmawia Joanna Brych

Topor, co Orłem się stał

Magia rytuału

Smutna Polka

2.02.2020
niedziela

Olga Smirnowa (Giselle) i Artemij Beliakow (Albrecht). Zdięcie: Damir Jusupow/ Teatr Bolszoj

Zakochany Albrecht i zimna Giselle

2 lutego 2020, niedziela,

W ubiegłą niedzielę w repertuarze Bolshoi Ballet Live pojawiła się nowa „Giselle”. Zainteresowanie transmisją na żywo było ogromne. W Multikinie w Złotych Tarasach wszystkie miejsca były zajęte.

S żyru biesiatsia – mawiają Rosjanie. I chyba wiedzą, co mówią. Bo oto mamy teraz w Teatrze Bolszoj dwie wersje „Giselle” – Jurija Grigorowicza z 1987 r. i Aleksieja Ratmańskiego, której premiera odbyła się w listopadzie.

Co więcej, tytuł w Moskwie nie schodzi z afisza od 1944 r. Autorem pierwszego opracowania był Leonid Ławrowski; potem sąsiadowały ze sobą dwie choreografie: Grigorowicza i Władimira Wasiliewa. „Giselle” w klasycznych wystawieniach jest też obecna w repertuarze innych największych scen baletowych – w Petersburgu, Paryżu, w Londynie, Mediolanie… Oprócz spektakli na żywo, transmisji na małym i dużym ekranie, dostępne są nagrania na DVD i Blu-ray. Możemy więc sobie porównywać inscenizacje i obsady – zachwycać się nimi albo (od dobrobytu przewraca się w głowie, luźno tłumacząc rosyjskie powiedzenie) wybrzydzać i krytykować.

Aleksiej Ratmański był bohaterem jednego z moich pierwszych wpisów na blogu. Opisywałam wtedy balet „Romeo i Julia” – spektakl, który stworzył dla Narodowego Baletu Kanady, następnie przeniósł na moskiewską scenę, dzięki czemu – już dwa lata temu – mogliśmy się z nim zapoznać w kinach, a 29 marca (dobra wiadomość) jest przewidziana kolejna powtórka. Ja się wybieram 🙂

„Romeo i Julia” w choreografii Aleksieja Ratmańskiego

„Romeo i Julia” Ratmańskiego, tak samo jak teraz „Giselle”, funkcjonuje w Bolszoj razem z wcześniejszą wersją Grigorowicza. Różnią się jednak diametralnie. Ratmański ułożył swoją własną – od A do Z – choreografię, trochę inaczej poprowadził narrację, wprowadził nieznane wcześniej rozwiązania; zaprojektowane zostały nowe kostiumy i scenografia. Stworzył jakość, jakiej przedtem nie było. W transmisji zatańczyła rewelacyjna obsada.

„Romeo i Julia” w choreografii Aleksieja Ratmańskiego - scena zespołowa. Na pierwszym planie Jekaterina Krysanowa w roli Julii. Zdięcie: Damir Jusupow/ Teatr Bolszoj
„Romeo i Julia” w choreografii Aleksieja Ratmańskiego – scena zespołowa. Na pierwszym planie Jekaterina Krysanowa w roli Julii. Zdięcie: Damir Jusupow/ Teatr Bolszoj

Realizacja „Giselle” jest na najwyższym poziomie, ale – uwaga, zaczynam trochę narzekać – wszystkie elementy (no dobrze, prawie wszystkie) już skądś znamy – z redakcji Grigorowicza i kilku innych.

Na przestrzeni lat libretto z 1841 r. ulegało modyfikacjom, skrótom, dokonywane były zmiany w choreografii. Na przykład – w rosyjskich wersjach zrezygnowano na początku drugiego aktu, rozgrywającego się na cmentarzu, z grupy kolegów towarzyszących gajowemu Hansowi (Hilarionowi). Zostali za to zachowani w paryskiej „Giselle” w realizacji Patrice’a Barta i Eugène’a Polyakov’a (na afiszu Opery do 15 lutego). Teraz odnaleźli się w wersji Ratmańskiego. Rozbudowana scena pantomimiczna – Berta, matka Giselle (w tej roli gwiazda rosyjskiego baletu Ludmiła Siemieniaka) opowiadająca o wilidach z użyciem ruchu dłoni imitującego trzepotanie skrzydełek – jest znana ze sceny Royal Opera House w Londynie (choreografia: Petera Wrighta). Przywrócenie oryginalnego zakończenia (wg Ratmańskiego bardziej „chrześcijańskiego”), o którym wspominałam we wpisie „Dobra Giselle, skruszony książę i wyrozumiała Batylda”, nie było już teraz zaskoczeniem, teatr i recenzenci zdradzili tę informację dużo wcześniej.

Olga Smirnowa (Giselle) i Artemij Beliakow (Albrecht). Zdięcie: Damir Jusupow/ Teatr Bolszoj

Z kolei nowe uszeregowanie Giselle i jej koleżanek w kształcie krzyża, w tzw. białym akcie (mi bardziej podoba się określenie Jerzego Waldorffa „cmentarny dancing”), jest piękne i oryginalne, ale raczej nie wynagrodzi baletomanom usunięcia najtrudniejszych skoków wykonywanych przez solistów. To m.in., a może przede wszystkim dla nich i dla kultowej sceny zespołowej, zwanej „czołgami” (niepotrzebnie ruszonej, bo stała się mniej dramatyczna), nadal ogląda się „Giselle” – w starych bądź nowych obsadach, gdyż oprócz wirtuozerii posiadają olbrzymi ładunek emocjonalny.

„Giselle” – fragment II aktu w choreografii Jurija Grigorowicza

Obrazek psują też ustawienia w romantycznym wprawdzie stylu, ale jednak bardziej w klimacie „Pas de Quatre” Perrota, a nie „Giselle”. Może na żywo efekt jest inny niż w zbliżeniach na dużym ekranie, podczas transmisji poczułam jednak pewien dysonans. Zaś powtórzenie przez wilidy ruchu, nazwijmy go „skrzydełkowym”, było tylko – moim zdaniem – wizualnie miłym wrażeniem, do akcji nic nie wniosło.

Podoba mi się pomysł wykorzystania w pierwszym akcie żywych koni, wejście Batyldy stało się dzięki temu bardziej efektowne. Zachęcam też do obejrzenia jednego z odcinków programu „Билет в Большой”. Oprócz rozmów z artystami można w nim podpatrzeć zaplecze teatralne – pracownie krawieckie (nowe kostiumy zaprojektowane przez Roberta Perdziolę na podstawie szkiców Alexandra Benois bardzo dobrze sprawdzają się w tańcu) i jakie stosuje się sztuczki dla wywołania romantycznie tajemniczego nastroju. Ratmański powrócił do flugi, urządzenia, dzięki któremu w XIX w. stało się możliwe wywołanie iluzji nieziemskiego lotu.

W transmitowanym przedstawieniu rewelacyjny był Artemij Beliakow – artysta tańczy w Balecie Bolszoj od 2010 r., w hierarchii baletowej osiągnął najwyższą rangę Премьер, pierwszego tancerza, czołowego solisty. Ma doskonale opanowaną technikę (jego pedagogiem jest słynny Aleksandr Wietrow), którą wyśmienicie wykorzystuje do budowania roli. W niedzielę był genialnym Albrechtem (Albertem), zakochanym w Giselle i nie mogącym pogodzić się z jej odejściem. Niestety nie miał partnerki. Olga Smirnowa wykazała się genialną techniką. Wszystkie pas, gesty, spojrzenia ma idealnie wyćwiczone. Ale w skórę Giselle weszła tylko w pierwszym akcie, w drugim nie udało jej się przekazać emocjonalnego napięcia i partner dla niej nie istniał. Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy oglądałam ją podczas tournée Bolszoj w Londynie w 2013 r. – wtedy była tam silnie promowaną wschodzącą gwiazdą – miałam mieszane uczucia. Jako Dobra Wróżka w „Śpiącej królewnie” nie czuła się pewnie i dużo jej brakowało do idealnego wykonania tej roli, za to rewelacyjnie zatańczyła w ostatniej części „Klejnotów” Balanchine’a. Partnerował jej Siemion Czudin, o ich występie nie mogłam zapomnieć przez kilka kolejnych dni. Ale już potem w transmisjach była – albo świetnie wyszkoloną techniczką (trochę więcej emocji wydobyła z siebie w „Bajaderze”), albo zestresowaną niepewną swoich umiejętności baleriną.

Największy problem mam z Mirtą. W Bolszoj tańczyło tę rolę wiele znakomitych artystek – Maja Plisiecka, Maria Allasz, Jekaterina Szipulina… Szczerze mówiąc Angielina Własziniec nie wywarła na mnie żadnego wrażenia, czuję się tak, jakby jej w tym balecie w ogóle nie było.

Angielina Własziniec (Mirta). Zdięcie: Damir Jusupow/ Teatr Bolszoj

Ale może to tylko moje wrażenia i s żyru biesiatsia. Jeśli będą powtórki, nową wersję Aleksieja Ratmańskiego na pewno znowu obejrzę. A jak nadarzy się okazja, również na żywo w innej obsadzie.

Czytaj też (i oglądaj):

Z Harzu na Kaszuby

Cmentarny dancing i jego wykonawczynie

Ćwiczenia z równowagi

A new modern classic…

Билет в Большой

22.01.2020
środa

La Chana

Wielka kariera i przemocowy związek

22 stycznia 2020, środa,

31 stycznia na scenie Impartu we Wrocławiu wystąpi La Chana, Antonina Santiago Amador, cygańska królowa flamenco. Na rozgrzewkę proponuję obejrzeć dokument w reżyserii Luciji Stojevic.

Światowa kariera. Entuzjastyczne recenzje: „Zaczarowany wulkan flamenco”, „Publiczność szaleje za Chaną”, „Najczystsza cygańska sztuka”, „Nowy fenomen flamenco”, „Cygańska potęga i chwała”. Koncerty – wśród widzów Salvador Dali w towarzystwie gepardów w brylantowych obrożach. Prestiżowe występy w telewizji. A w domu mąż-tyran, który u szczytu sławy zabronił jej tańczyć. „Tańcząc wyrażałam wiele emocji, m.in. tłumioną bezsilność. Mając wszystko czułam się jak uboga sierota” – zwierza się w filmie. Tylko na scenie czuła się wolna, bo wtedy w pełni kontrolowała sytuację. Oklaski publiczności oznaczały powrót do domu i koniec panowania. „Kazał zrezygnować mi z kariery i podciął mi skrzydła”. Kiedy miała 38 lat została z niczym. Po kilku latach odbiła się, wróciła na scenę.

„Flamenco to rytm, a my, tancerze, jesteśmy tylko instrumentami” – opowiada Rocio Molina w „Impulso” (jedną z bohaterek jest też La Chana). „Miałam w głowie rytm. To klucz do wszystkiego”, „Uczucia są zakorzenione w rytmie”, „Kiedy złapałam rytm, mogłam improwizować” – mówi królowa flamenco. Rytm i improwizacja, metody pracy, to drugi albo pierwszy, bo wątek prywatny płynnie przeplata się w tym obrazie z zawodowym, temat „La Chany”.

Dokument był już kilka lat temu w programie 14. edycji Millennium Docs Against Gravity Film Festival. Znajdował się w relacjonowanej przeze mnie sekcji „Doc Dance”. Wczoraj odbył się pokaz w Kinotece. Po powrocie do domu zorientowałam się, że jest też publicznie (i bezpłatnie) emitowany przez TVP Kultura: tutaj.

Czytaj też:

Nowe flamenco Rocio Molina

19.01.2020
niedziela

Henry Meynell Rheam (1859-1920) - „Sleeping Beauty”

Gorące tematy – szpilki i krótkie spódniczki

19 stycznia 2020, niedziela,

Ciało i wolność. Moda i taniec – tak zatytułowałam mój wpis o paryskim pokazie domu mody „Dior” wiosna/lato 2019. Maria Grazia Chiuri, dyrektorka kreatywna marki Dior, stworzyła wtedy kolekcję inspirowaną twórczością Loïe Fuller, Isadory Duncan i Marthy Graham, trzech kobiet, które na początku XX w. reformowały sztukę tańca. A do pracy nad realizacją pokazu zaprosiła Sharon Eyal, jedną z najciekawszych współczesnych choreografek. Raz jeszcze załączam filmik, na którym można obejrzeć efekt pracy obu artystek. Zachęcam też do wyjazdu do Berlina. W lutym spektakl w choreografii Eyal – „Half Life”, o którym pisałam relacjonując berlińską premierę, będzie ponownie wystawiany, tym razem w Deutsche Oper, a w programie wieczoru znajdują się też choreografie Williama Forsythe’a i Alexandra Ekmana.

Pokaz domu mody „Dior” wiosna/lato 2019 w choreografii Sharon Eyal

Niedawno związki tańca z modą dały o sobie znać w spektakularny sposób w Londynie. Tuż przed świętami okazało się, że słynny projektant Christian Louboutin ceni sobie dziewiętnastowieczny balet klasyczny, nie traktuje tej sztuki anachronicznie jako tematu „zanurzonego w przeszłości” albo „ponurej metafory rzeczywistości”.

Dance has always been central to my work – mówi na łamach brytyjskiego Vogue’a – I was inspired by the magic of their performances, and The Sleeping Beauty seemed like the perfect occasion to encapsulate the world of fairy tales and princesses in a shoe.

Wprowadził więc do sprzedaży limitowaną kolekcję szpilek wizualnie nawiązujących do treści „Śpiącej królewny”.

Pierwszy model, ikoniczna już „The Miragirl”, dostępna na wysokich i płaskich obcasach (w balerinkowym kształcie) została urozmaicona nowymi elementami – kryształkami, jakimi wykańczane są kostiumy baletowe (a dodatkowo w „Śpiącej…” tańczą przecież Dobre Wróżki Drogich Kamieni, więc takie skojarzenia też są uprawnione) oraz troczkami używanymi do wiązania baletek i pointes, tym razem designersko wykonanymi z luksusowego jedwabnego materiału.

Z kolei drugi model, „The Sleeping Rose”, odnosi się do słynnej sceny – „Adagio z różą”, tańca Aurory z kawalerami starającymi się o jej rękę, jednej z najtrudniejszych technicznie w klasycznym repertuarze baletowym, i wątku wrzeciona, czyli przepowiedni mściwej wróżki Carabosse (w wersji the Royal Ballet tańczonej przez tancerkę) o uśnięciu księżniczki na wieki.

Zdjęcia szpilek można obejrzeć tutaj.

Join & support (Przyłącz się i wspomóż)

Podczas pobytów w Londynie zawsze rzucały mi się w oczy akcje charytatywne związane ze zbiórkami pieniędzy na utrzymanie i rozwój baletu. Make a donation jest tam na porządku dziennym. Liczą się nawet drobne kwoty doliczane chociażby do kosztów biletów. Buty z kolekcji Christiana Louboutina są już większym wydatkiem, ale warto wiedzieć, że każda sprzedana para oznacza jedną parę pointes dla balerin z the Royal Ballet w ramach programu „Pointe Shoe Appeal”.

Jak zawsze namawiam do odwiedzenia butiku internetowego ROH. „Śpiąca królewna” jest dostępna na DVD w kilku różnych obsadach. Ja sobie dzisiaj obejrzałam wersję z Aliną Cojocaru, Marianelą Nuñez i Federico Bonelli. Tancerki tańczą w tutu – krótkiej, sztywnej spódniczce baletowej umożliwiającej im wykonywanie efektownych pas, skoków i piruetów na równi z tancerzami. Historia techniki tanecznej wiąże się zresztą ściśle z historią kostiumu scenicznego. Kiedyś możliwości tancerek występujących w ciężkich sukniach do kostek były mocno ograniczone i dopiero dzięki buntowniczkom, takim jak Marie-Anne de Cupis de Camargo (La Camargo), która odważyła się skrócić spódnicę o kilkanaście centymetrów, mogły oderwać się od ziemi i cytując Voltaire’a „wykazać w tańcu pewność i siłę mężczyzny”.

PS: Trochę to inaczej wyglądało w stacji Fox News. Obejrzałam wczoraj „Gorący temat”. W tym filmie siłą kobiet, odzyskaniem pewności i godności, symbolicznie stała się możliwość noszenia w pracy spodni. Nie chcę bagatelizować tematu, ale mam nadzieję, że konsekwencją akcji #MeToo nie będą teraz dziwne skojarzenia związane z krótkimi spódniczkami, bo nie o mini w tym wszystkim chodzi, która zresztą też ma ciekawą wolnościową historię. Sprawa dotyczy pewnej grupy wysoko postawionych mężczyzn, wykształconych, zdolnych, odnoszących sukcesy, którzy swoją pozycję i władzę wykorzystywali w sposób sprzeczny z prawem i dobrymi obyczajami. Dlaczego pozostawali tak długo bezkarni, to zapewne temat na niejedną pracę doktorską z psychologii i socjologii. Ale w mediach, oprócz molestowania seksualnego, mogą istnieć inne, bardziej lub mniej zawoalowane formy przemocy. A mobbingować mogą nie tylko szefowie, prezesi czy dyrektorzy, ale także sekretarki, dyrektorki i kierownicy działów. Czepiać się można wszystkiego, chociażby „źle zapalonego światła”. Można bezkarnie obrażać, krytykować wygląd, zarządzać krzykiem, tworzyć toksyczną i napiętą atmosferę pracy, demotywować, intrygować. Mobbingiem może być też nierówne traktowanie autorów i lekceważenie tematów, którymi się zajmują. Mobbingiem może być ustawianie autora w roli petenta i stosowanie podwójnych standardów. Obłudą może być gratulowanie tematu, który się wcześniej odrzuciło, a ukazał się w innym dziale. Obłudą i mobbingiem może być bierne oczekiwanie na tematy, które się znowu pod byle pretekstem odrzuci. Przemocą może też być jednostronne, niesprawiedliwe dyktowanie warunków współpracy.

Czytaj też:

Ciało i wolność – moda i taniec

Premiera w Berlinie. Sharon Eyal tworzy coś nowego

12.01.2020
niedziela

Cats

Krótki wpis o krótkiej liście

12 stycznia 2020, niedziela,

Czy „Cats” otrzymają Oscara? Mają też szansę na Złotą Szpulę.

Wprawdzie „Beautiful Ghosts”, piosenka napisana przez Andrew Lloyd Webbera i Taylor Swift, Złotego Globu, nagrody przyznawanej przez Hollywoodzkie Stowarzyszenie Prasy Zagranicznej, nie zdobyła, jednak wyróżnieniem i uznaniem ponadprzeciętnej wartości utworu była już sama nominacja.

Beautiful Ghosts. Taylor Swift

Powodem do zadumy dla licznych recenzentów znudzonych, zniesmaczonych, tęskniących za broadwayowskimi bądź naszymi „romowymi” „Kotami”, powinna być też informacja, że filmowa adaptacja słynnego musicalu w reżyserii Toma Hoopera i w choreografii Andy’ego Blankenbuehlera, jest nadal na krótkiej liście dziesięciu najlepszych filmów walczących o Oscara w kategorii „Efekty wizualne”. Oto lista ogłoszona przez Amerykańską Akademię Sztuki i Wiedzy Filmowej w kolejności alfabetycznej:

„Alita: Battle Angel”
„Avengers: Endgame”
„Captain Marvel”
„Cats”
„Gemini Man”
„The Irishman”
„The Lion King”
„1917”
„Star Wars: The Rise of Skywalker”
„Terminator: Dark Fate”.

Ogłoszenie pięciu nominacji nastąpi już jutro. Transmisję będzie można obejrzeć: tutaj.

Trzymam też kciuki za „Boże Ciało” Jana Komasy, obraz znajduje się na shortliście w kategorii „Najlepszy film międzynarodowy”.

„Koty” mają też szansę na Złotą Szpulę, nagrodę Amerykańskiego Stowarzyszenia Montażystów Dźwięku w kategorii „Najlepszy montaż dźwięku w musicalu”. O zwycięstwo walczą z:

„Echo in the Canyon”
„Frozen II”
„Judy”
„Rocketman”
„Rolling Thunder Revue: A Bob Dylan Story By Martin Scorsese”
„Western Stars”.

67. Golden Reel Awards zostaną przyznane 19 stycznia.

Czytaj też:

A ja się nie nudziłam

Francesca Hayward i słynne „Koty” Andrew Lloyda Webbera

Beautiful Ghosts (Victoria’s song). Francesca Hayward

10.01.2020
piątek

Krakowiak

Konkurentka Marii Taglioni

10 stycznia 2020, piątek,

Fanny Elssler (1810-1884), chyba najbardziej znana austriacka balerina, jest jedną z bohaterek wystawy „The Pointe Dances. 150 Years of Ballet at the Wiener Staatsoper” w Muzeum Teatru w Wiedniu.

Największą sławę – Fanny – zdobyła jednak w Paryżu. Kontrakt z Operą Paryską podpisała w wieku 24 lat. Zabiegał o nią (znany z przebiegłości) dyrektor Louis-Désiré Véron, który nie zamierzał pozostawić Marii Taglioni, słynnej Sylfidy i ulubienicy publiczności, bez konkurencji.

Elssler zadebiutowała 15 września 1834 r. w „La Tempête” na podstawie „Burzy” Szekspira. I zademonstrowała taniec, jakiego wcześniej na paryskiej scenie nie znano. Był to danse tacquetée – polegający na drobnych, nagłych, dokładnych, ostrych kroczkach, „jak gdyby kąsających deski sceny”.

Fanny Elssler

Potem nadeszła słynna „Kaczucza” w „Le Diable boiteux”, tak opisana przez Théophile’a Gautier: „Jakżeż jest czarująca, z wysokim grzebieniem, różą zatkniętą za uchem, z iskrzącym się uśmiechem i ogniem w oczach! Na czubkach jej różowych palców drżą hebanowe kastaniety. Nagle wyrywa się do przodu, słychać głośny stuk kastanietów, jak gdyby strząsała z dłoni całe wiązki rytmów. Jak się kręci! Jak gnie się! Cóż za ogień! Jaka gra zmysłów! (…) ciało wygina się do tyłu tak, że białe ramiona o mało nie ocierają się o podłogę (…) Widzieliśmy Rositę Diaz, Lolę i najświetniejsze tancerki Madrytu, Sewilli, Kadyksu i Grenady; oglądaliśmy tańczące Cyganki w Albaicin, ale daleko im do kaczuczy w wykonaniu Elssler” (Ivor Guest „Balet romantyczny w Paryżu”).

Kostium solo „Kaczucza” z 1836 r.

Wkrótce po tym występie Paryż ogarnął kaczuczowy szał, a taniec Austriaczki uznano za kwintesencję romantycznego stylu, którego jednym z wyznaczników był koloryt lokalny.

Zmierzyła się też z rolą Sylfidy. Jej taniec oceniono jako bardziej ziemski w porównywaniu z interpretacją Marii Taglioni. Uznano więc, że konkurencja odbywa się na zasadzie kontrastu, zaakceptowanego przez zwolenników Taglioni, a wzbudzającego zachwyt wśród wielbicieli Elssler.

28 stycznia 1839 r. Fanny święciła kolejne triumfy w premierze „La Gypsy” w choreografii Josepha Mazilier (libretto napisał Jules-Henri Vernoy de Saint-Georges). Zatańczyła krakowiaka. „Nie sposób opisać tego tańca” – relacjonował Gautier – „jest pełen rytmicznej precyzji, a jednocześnie czarującego zapamiętania, napiętej i skocznej zręczności, która przechodzi wszelkie wyobrażenie, a metaliczny brzęk przypiętych do obcasów ostróg, przypominających kastaniety, akcentuje każdy jej krok dodając jej żwawym i radosnym ruchom nieodpartego wdzięku”. Wystąpiła ubrana w białą bluzę z trzema rzędami guzików i galonów ze srebrzystej wstążki, niebieską spódniczkę i szkarłatne buciki.

The Pointe Dances. 150 Years of Ballet at the Wiener Staatsope. Theatermuseum

To już ostatni moment, żeby jeden z nich, wykonany w 1840 r., zobaczyć w oryginale. A także sukienkę, w której Elssler tańczyła solo „Kaczucza”. O miesiąc dłużej potrwa, wcześniej już przeze mnie polecana, wystawa o tańcu współczesnym.

The Pointe Dances. 150 Years of Ballet at the Wiener Staatsoper – do 13 stycznia 2020

Everybody dances. The Cosmos of Viennese Dance Modernism – do 10 lutego 2020

Theatermuseum, Lobkowitzplatz 2, 1010 Wiedeń

Czytaj też:

Czar tańca polskiego podbił Wiedeń

Nowe flamenco Rocio Molina

Cafe As Szymona Wiesenthala

5.01.2020
niedziela

Cats

A ja się nie nudziłam

5 stycznia 2020, niedziela,

W kinie spędziłam nie jeden, ale cztery udane noworoczne wieczory. Czuję się też w obowiązku poinformować, że „Koty” nie są opowieścią o niczym, i że oprócz znanych przebojów, w filmowej adaptacji słynnego musicalu, znalazł się nowy (absolutnie genialny) utwór, „Beautiful Ghosts”, nominowany do Złotych Globów 2020 w kategorii „Najlepsza piosenka”, już nucony przez fanów oczekujących zbliżającej się ceremonii rozdania nagród.

Pogrążony w nocnej ciszy Londyn. Stukot damskich obcasów. Automobil. Przed chwilą podjechała nim zagadkowa dama. Smętnie podświetlone teatralne neony i krótki fragment muzyczny sugerują wejście do innego świata. Jeszcze tego nie wiemy, ale niebawem w Teatrze Egipskim odbędzie się Kocurkowy Bal.

Ciemny, zaśmiecony zaułek. Jeden szybki ruch i ląduje w nim tajemniczy worek. Oswobadza się z niego piękna biała kotka. To Victoria (w tej roli Francesca Hayward, Principal of The Royal Ballet), porzucona przez swoją elegancką panią zostaje przyjęta do kociej drużyny.

Tak zawiązuje się akcja filmu „Cats” w reżyserii Toma Hoopera, który właśnie wszedł na nasze ekrany.

„The poems were written in the nonsense tradition”, Carolyn Vega, the curator for the Berg Collection, at the New York Public Library, explained recently. Sara Beth Joren, a publicist for the library, chimed in: „And that’s why when people hate on »Cats«—like, »Oh, there’s no plot.« It’s just, like, »Yeah, there wasn’t supposed to be.« And, anyway, there is a plot. There’s a cat trying to go to the Heaviside Layer. That’s a plot.” (Francesca Hayward, the Pick of the Litter in „Cats”, The New Yorker, 16.12.2019).

Zatem w „Kotach”, również w opinii fachowców specjalizujących się w twórczości Eliota, treść istnieje i jednak noblista nie pisał o niczym. Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów – miał powiedzieć Stanisław Lem. Choć chyba nikomu nie udało się jeszcze ustalić, gdzie i kiedy wypowiedział tę słynną sentencję, spostrzeżenie, nieważne przez kogo uczynione, tłumaczy histeryczne reakcje w mediach społecznościowych na streszczający fabułę zwiastun, który – kto, by się spodziewał – niespodziewanie obraził wyrafinowany gust masowej widowni, naruszył jej wymagające estetyczne a priori.

Fakt, że na afiszu anonsującym broadwayowską premierę w 1982 r. napisano: „Cats has no plot, no book, no real story line; it is simply an arrangement of 20 of Eliot’s Old Possum poems for dancers and orchestra”, niczego nie zmienia. Afiszy nie zawsze trzeba traktować dosłownie. Diagilew, niech za przykład posłuży baletowa historia, promując „Le Train Bleu” żartobliwie pisał, że treść niczego nie przedstawia, „nie ma żadnego niebieskiego pociągu, scena przedstawia nieistniejącą plażę, która rozciąga się przed jeszcze mniej istniejącym kasynem. W górze szybuje samolot, którego nie widać. A jednak, gdy balet wystawiono po raz pierwszy w Paryżu, wszystkich ogarnęła nieprzeparta chęć wyjazdu do Deauville w celu zażywania tam kąpieli i uprawiania ćwiczeń gimnastycznych”.

W „Kotach” słuchamy „Kocurkowych piosenek dla Kocurków”, „metaforycznych, pedantycznych, politycznych, hipnotycznych, cynicznych, magicznych”, obdarzonych ludzkimi cechami kotów: żarłoków, dandysów, rabusiów, magików, aktorów…Reżysersko obraz wypada bez zarzutu – są podtrzymujące napięcie zmiany nastrojów i miejsca akcji. Treść dopowiadają również dialogi. A wszystko zmierza ku kulminacji (Macavity przegrywa) i rozwiązaniu, czyli werdyktowi Wyroczni (Judi Dench), która zadecyduje, kto otrzyma zaszczyt udania się do jonosfery. „Dzisiejsza noc jest magiczną nocą, w której wybieram kota, który zasługuje na nowe życie. Oceniam kota po jego duszy” – mówi. Jest też adresowany do widzów epilog, o tym, jak należy traktować koty, i jak się z nimi przyjaźnić. Części łączą się w całość, akcja jest konsekwentnie poprowadzona od pierwszej do ostatniej sceny.

CGI

Największą wrzawę wywołały obrazy generowane komputerowo. Po grudniowej premierze wśród recenzentów zapanował nastrój zbiorowej histerii i obrzydzenia do filmu, porównywalny z reakcjami na „Święto wiosny” Igora Strawińskiego w choreografii Wacława Niżyńskiego. Widzowie byli mniej okrutni. The Guardian opublikował komentarze swoich czytelników broniących filmu. Można je przeczytać: tutaj. Universal Pictures podjął jednak decyzję o „ulepszeniu obrazów” i w kinach od stycznia wyświetlana jest nowa wersja. Ale w naszych polskich recenzjach, obrzydzenie do warstwy estetycznej filmu nie minęło (efekty specjalne tylko u jednego bądź dwóch autorów zyskały uznanie) albo przerodziło się w nastrój malkontenctwa, moim zdaniem nieuzasadniony.

Choreografia stworzona przez Andy’ego Blankenbuehlera, trzykrotnego zwycięzcy Tony Awards, (pięć razy nominowanego) jest doskonała. Idealnie zsynchronizowana z muzyką, dopowiada treść, charakteryzuje postaci. Nie jest nudna, w każdej scenie choreograf zastosował inne środki, sprawnie i z finezją wykorzystał broadway jazz, contemporary ballet, breakdance, taniec rewiowy. Scena, w której prezentuje się tłuściutka Rozkoszka (Rebel Wilson) – tak, każdy z kotów, musi zaśpiewać piosenkę o sobie, pod tym warunkiem ma szansę otrzymać nowe życie (na tym polega fabuła inspirowana wierszami Eliota i je wykorzystująca) jest wyśmienita, niesłusznie zjechana za obsceniczność. Zminiaturyzowane komputerowo, śpiewające myszy i tańczące na torcie karaluchy, to jeden z choreograficznych majstersztyków, który nie byłby możliwy bez CGI (Computer Generated Imagery).

Francesca Hayward i Steven McRae, kolejna gwiazda z Royal Ballet, świetnie odnaleźli się w hollywoodzkiej produkcji, zachowując baletowy sznyt. Czy naprawdę żaden z recenzentów baletowych nie dostrzegł ich udanego debiutu na musicalowej scenie? Przecież tańczą rewelacyjnie. Francesca Hayward jako Victoria jest, obok Gryzabelli (Jennifer Hudson) i Wyroczni, czołową bohaterką tej opowieści. Steven McRae w roli Kota kolejowego daje obłędny popis stepowania, cała zresztą scena – reżysersko, scenograficznie, choreograficznie – zasługuje na jakąś oddzielną nagrodę.

Beautiful Ghosts

To utwór napisany przez Andrew Lloyd Webbera i Taylor Swift. Dlaczego powstał, proszę posłuchać:

Kiedy Grizabella (Jennifer Hudson), the Glamour Cat, słynna niegdyś salonowa kocica, która zadała się z Macavity (Idris Elba) i teraz mieszka na jałowej ziemi (brzmi znajomo, wszak „Ziemia jałowa” to dzieło Eliota), śpiewa:

Memory,
All alone in the moonlight,
I can smile at the old days,
I was beautiful then.
I remember, the time I knew what happiness was,
Let the memory live again

Victoria odpowiada:

All that I wanted was to be wanted
Too young to wander London streets, alone and haunted
Born into nothing
At least you have something, something to cling to
Visions of dazzling rooms I’ll never get let into
And the memories were lost long ago
But at least you have beautiful ghosts

W filmie piosenkę śpiewa Francesca Hayward. A na koniec, już w trakcie napisów końcowych, jeszcze raz Taylor Swift (w jej wykonaniu słyszymy też utwór „Macavity”). Czy coś jest „nie halo” z tym fragmentem? Nikt mi nie wmówi, że nie jest to udana scena. A rola Victorii i cała fabuła nie staje się dzięki temu jeszcze ciekawsza, głębsza i bardziej wzruszająca. Zwłaszcza że na tym nie koniec. Potem Judi Dench – Wyrocznia, nestorka – wtrąca kilka zdań o szczęściu. Ja nic więcej nie potrzebuję. Takie momenty absolutnie mi wystarczą. OK, przyznaję, że po pierwszym seansie byłam lekko zawiedziona Jennifer Hudson w drugiej części „Memory”. Ale to uczucie minęło następnego dnia. I nie wróciło podczas kolejnych wieczorów z „Kotami”. Jej sposób interpretacji można posłuchać na załączonym filmiku. A już w nocy dowiemy się, czy „Beautiful Ghosts” zdobyły Złote Globy.

Czytaj też:

Francesca Hayward i słynne „Koty” Andrew Lloyda Webbera

Can’t believe the negative publicity’: your reviews of Cats

Przeżycie estetyczne