Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Zapraszam do tańca - Blog Joanny Brych Zapraszam do tańca - Blog Joanny Brych Zapraszam do tańca - Blog Joanny Brych
Opera Paryska

3.01.2019
czwartek

Cztery współczesne choreografie w Operze Paryskiej

3 stycznia 2019, czwartek,

Co robić w Nowym Roku?

Ja obejrzałam kilka baletów. Dwa średnio udane w Mezzo – „Chaplin” w choreografii Mario Schrödera w wykonaniu Leipziger Ballett oraz „Pinokio” w choreografii Ivana Cavallari z l’Opéra National du Rhin.
Oba zespoły tańczą na wysokim poziomie. Choreografie odebrałam jednak z umiarkowanym zachwytem – jako zbyt monotonne i w związku z tym trochę za długie.

Z Mezzo przełączyłam się na kanał ARTE. Resztę wieczoru spędziłam w Palais Garnier oglądając „Quatre chorégraphes d’aujourd’hui” – spektakl, który został zrealizowany w 2018 r. z inicjatywy Aurélie Dupont, słynnej Étoile Opery Paryskiej, od 1 sierpnia 2016 r. sprawującej funkcję „Directrice de la Danse de l’Opéra national de Paris”.

Kilkadziesiąt artystek i artystów baletu Opery Paryskiej, fenomenalnie sprawnych i doskonale odnajdujących się w różnych technikach oraz stylach tańca, także przestrzeniach, zatańczyło w czterech współczesnych choreografiach – Szwajcara Jamesa Thierrée, Izraelczyka Hofesha Shechtera, Hiszpana Ivána Péreza i Kanadyjki Crystal Pite.

Pierwsza, „Frôlons”, utrzymana w konwencji happeningu, została zaaranżowana w przestrzeni publicznej. Pokaz odbył się – we foyer i na schodach – z udziałem ponad pięćdziesięciu tancerek i tancerzy. Również publiczności, przyglądającej się temu wydarzeniu, bynajmniej nie w wieczorowych kreacjach, tylko w codziennych ubraniach – część z zarejestrowanych osób to zapewne turyści, którzy „wpadli” do Opery prosto z paryskich ulic i muzeów.

 

Przepych złoto-czarnych, błyszczących od cekinów kostiumów, idealnie harmonizuje z bogatymi wnętrzami Opery Paryskiej. Jednocześnie, z elegancją miejsca, jego historią i przeznaczeniem, kontrastuje w miły sposób „prymitywny” ruch imitujący ruchy zwierząt – jaszczurek bądź innych gadów albo dzikich zwierzątek.

Widowisko jest wizualnie atrakcyjne, a nastrojem przypomina trochę maskarady, które urozmaicały uroczystości dworskie.

W nowej wersji „The Art of Not Looking Back”, choreograf zaczyna spektakl krótką opowieścią o sobie – urodził się 1975 r. w Jerozolimie, w małej rodzinie, matka opuściła go, gdy miał 2 lata.

W dalszej części przystępuje do analizy treści i struktury ruchu.

Grupa składająca się z dziewięciu tancerek, w krótkich, prostych, zwyczajnych sukienkach na ramiączkach i w skarpetkach, niektóre mają ochraniacze na kolanach, wygina się w różnych pozach i sekwencjach, trochę jak w transie albo lekkiej hipnozie.

Potem prezentują się w bardziej zdyscyplinowanym porządku – ręce trzymają w klasycznym port de bras, stopy mają ustawione w trzeciej pozycji i wykonują proste battements tendus.

Pojawia się też sekwencja przypominająca romantyczny obrazek.

Takie same kroki wykonywane są z muzyką i w ciszy.

Konkluzja – identyczne ruchy możemy przedstawiać i interpretować na różne sposoby. Mogą być płynne i delikatne, albo agresywne, nerwowe, chaotyczne. Odbiór zależy od osobistych doświadczeń i powstających w ten sposób skojarzeń. Wszystko jest kwestią fabuły, emocji, nastroju, w jakie zostaje „opakowana” forma.

Choreografia „The Male Dancer” powstała z inspiracji książką, brytyjskiego historyka Ramsaya Burta, na temat związku między tańcem a męskością w XX w.

Dziesięciu tancerzy giętko porusza się w improwizowanym ruchu do muzyki Arvo Pärta. Tańczą w wysublimowanych, uszytych z wielkim kunsztem, kostiumach. Być może autor chciał potwierdzić albo podjąć dyskusję z mitem zniewieściałego tancerza. Całość nasuwa jednak skojarzenia z męskim buduarem i trochę przytłacza urodą ruchu, z którego niewiele wynika.

„The Seasons’ Canon” do „Czterech Pór Roku” Vivaldiego, zrekomponowanych przez Maxa Richtera, choreograficznie nawiązuje do „Święta wiosny” w interpretacjach Wacława Niżyńskiego i Maurice’a Béjarta. Akcja dzieje się „gdzieś na końcu świata”. Niestety, ponownie piękne obrazy przyćmiewają sens ruchu, który może znaczyć „wszystko i nic”, wywoływać różne skojarzenia, ale też nużyć brakiem wyrazu.

W 2016 r., kiedy rozmawiałam o tańcu współczesnym z Jackiem Przybyłowiczem, wspomniałam o dwóch recenzjach jego spektakli: „Negocjacji” i „Naszyjnika Gołębicy”.

Fabułę pierwszego jeden z recenzentów opisał jako bazującą w swym zamyśle na konfliktach psychologicznych wynikających z małżeńskiego trójkąta, zaś recenzentka drugiego spektaklu – zobaczyła miłość pokazaną jako szaleństwo i akcję umieściła w białej scenerii szpitala psychiatrycznego.

Obie recenzje okazały się „nieporozumieniem” – artysta stworzył spektakle, które opowiadały zupełnie inne historie.

Ale na tym właśnie, jego zdaniem, polega siła oddziaływania tańca współczesnego. Każdy widz ma prawo do swojego indywidualnego odbioru.

„Mój tata, inżynier z wykształcenia, oglądając taniec współczesny, często pyta: „Ale o co w tym chodzi?”. A ja, wychodząc do niego czy szerszej grupy publiczności, staram się powiedzieć: „Poczujcie Państwo, co stoi za tym spektaklem” – tak odpowiedział na pytanie, czy taniec współczesny jest formą sztuki dla przygotowanych odbiorców?

„Quatre chorégraphes d’aujourd’hui” można obejrzeć tutaj. I indywidualnie poczuć, co stoi za tymi spektaklami.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop